Czy ADHD, borderline i depresja to dziś modne dodatki?
Jeszcze kilka lat temu nikt nie przyznawał się do „problemów psychicznych”. Dziś?
W opisie profilu: „mam ADHD, borderline, PTSD i kawałek złamanego serca”.
W bio na TikToku: „przebojowa borderline, z uśmiechem w depresji”.
Na Instagramie: karuzela postów o zaburzeniach – z filtrami, muzyką i pastelową estetyką.
I nie zrozum mnie źle – samoświadomość to ogromny krok.
Ale kiedy diagnoza staje się trendem, a zaburzenie – dodatkiem do stylówki, coś tu się sypie. I nie chodzi o zdrowie psychiczne. Tylko o jego… marketing.

„Mam ADHD, więc mogę ci przerwać”
W ostatnich latach skokowo wzrosła liczba samodiagnoz: „mam ADHD, bo się nie mogę skupić”, „jestem borderline, bo emocje mnie rozrywają”, „depresja, bo nie chce mi się wstać rano”.
Niektórzy robią test na TikToku i już wiedzą wszystko.
Problem?
ADHD to nie brak koncentracji przy scrollowaniu.
Borderline to nie „kocham cię i nienawidzę w jednym zdaniu”.
Depresja to nie gorszy dzień i brak motywacji do pracy zdalnej.
TikTok czy DSM?
Zaburzenia psychiczne mają swoje kryteria. Opisane w klasyfikacjach ICD-11, DSM-5, potwierdzane wywiadem klinicznym, testami psychologicznymi, obserwacją.
Ale dziś wielu osobom wystarczy post influencera z opisem: „jeśli masz to, to i to – witaj w klubie”.
Nie diagnozuje ich psycholog, tylko algorytm.
Nie prowadzi ich terapeuta, tylko influencer z #neurodivergent w bio.
Nie szukają pomocy – szukają przynależności. I lajków.
Psychoturyzm i punkty za traumę
W tym nowym świecie zaburzenia to waluta.
Im więcej masz etykietek, tym „głębszy jesteś”.
Nie masz traumy? To się nie wypowiadaj.
Nie masz przeszłości z borderline? To nie komentuj relacji.
Nie masz ADHD? To nie mów o produktywności.
Witaj w świecie psychoturyzmu – gdzie diagnozy to miejsca, które się „zalicza”.
I gdzie każdy ma prawo się wypowiedzieć, bo „mówi o swojej prawdzie”.
Szkoda tylko, że ta prawda często myli się z iluzją.
Prawdziwa diagnoza boli
Prawdziwe ADHD to nie śmieszki. To codzienna walka z chaosem.
Borderline to nie rollercoaster relacji – to emocjonalne piekło.
Depresja to nie brak weny – to brak życia w życiu.
Ale tego nie widać na Instagramie. Bo prawdziwe zaburzenie nie ma ładnego filtra.
Nie ma karuzeli. Nie da się go „sprzedać” w 15 sekund.
Prawdziwa diagnoza to nie naklejka. To plan leczenia, terapia, czasem leki, czasem ból.
A moda na nią zabija powagę tematu.
Gdzie kończy się świadomość, a zaczyna teatr?
Nie twierdzę, że ludzie nie mają prawa mówić o swoich emocjach. Przeciwnie.
Ale jeśli mówimy o zdrowiu psychicznym, musimy odróżnić autentyczne cierpienie od socialmediowego trendu.
Bo inaczej osoby realnie chore, realnie zmagające się z zaburzeniami, znowu zostaną wyśmiane, zignorowane, zepchnięte na margines.
Bo przecież „wszyscy teraz to mają, nie przesadzaj”.
Więc co robić?
- Nie diagnozuj się z TikToka.
- Nie traktuj zaburzeń jak modnych etykiet.
- Nie używaj „ADHD” jako wymówki.
- Nie oceniaj innych, jeśli nie masz wykształcenia w psychologii.
- Nie twórz treści o zaburzeniach, jeśli twoją jedyną wiedzą są memy.
I najważniejsze: jeśli coś cię niepokoi – idź do specjalisty, nie do trendu.
Bo twoja psychika to nie styl życia. To nie bio na Instagramie.
To coś, co można zbadać, zrozumieć i naprawić – ale nie wypromować.
