Fentanyl jako broń odwetu? Cień wojen opiumowych nad Ameryką
Grzegorz Prigan

W połowie XIX wieku zachodnie mocarstwa – przede wszystkim Wielka Brytania – upokorzyły Chiny, zmuszając je do przyjęcia zalewu opium i oddania szeregu koncesji terytorialnych i gospodarczych. Efektem były dwie wojny opiumowe, uzależnienie milionów obywateli i początek stuletniego okresu uznawanego dziś w Chinach za narodową traumę. Dziś niektórzy komentatorzy zauważają niepokojącą historyczną paralelę: to Zachód – a zwłaszcza Stany Zjednoczone – masowo uzależnia się od syntetycznego opioidu, który niszczy całe społeczności. Tym narkotykiem jest fentanyl, a jego globalna droga prowadzi przez… Chiny.
To nie spiskowa teoria, lecz udokumentowana sieć powiązań. Zdecydowana większość prekursorów chemicznych wykorzystywanych do produkcji fentanylu pochodzi z Chin. Tamtejsze fabryki – formalnie działające w granicach prawa – eksportują te substancje do odbiorców w Meksyku, gdzie są przetwarzane przez kartele w gotowy narkotyk. Ten zaś, nielegalnie przemycany przez południową granicę, zalewa amerykańskie ulice. Fentanyl jest nawet 50 razy silniejszy niż heroina – wystarczy dawka kilku miligramów, by doszło do zgonu. W samym tylko 2023 roku w USA zmarło od niego ponad 75 tysięcy osób. Główna ofiara? Osoby w wieku 18–45 lat – czyli kręgosłup każdej nowoczesnej gospodarki.
Władze chińskie konsekwentnie odpierają oskarżenia o celowy udział w tej katastrofie społecznej. Podkreślają, że to nie Pekin odpowiada za zachodni popyt na opioidy, i że problem leży po stronie uzależnionego społeczeństwa, nie producenta. Jednak już sam fakt, że w 2022 roku Chiny zawiesiły współpracę z USA w walce z narkotykami – jako reakcję polityczną na wizytę Nancy Pelosi na Tajwanie – pokazuje, że temat może być dla Pekinu narzędziem presji, a nie tylko przypadkowym elementem gospodarki chemicznej. Dopiero w 2023 roku, w wyniku rozmów Xi–Biden, temat powrócił na agendę.
Tymczasem w Waszyngtonie narasta przekonanie, że kryzys fentanylowy nie jest wyłącznie wynikiem działania przestępczości zorganizowanej. Komisja Kongresu ds. rywalizacji z Chinami w najnowszym raporcie wskazała wprost: Komunistyczna Partia Chin nie tylko toleruje ten proceder, ale wręcz go subsydiuje – poprzez ulgi eksportowe dla firm sprzedających prekursory fentanylu. Były prokurator generalny USA William Barr stwierdził wprost: bez dostaw z Chin, Ameryka nie miałaby dziś kryzysu fentanylowego.
Pojawia się więc pytanie, czy za tym procesem nie kryje się głębszy sens. Czy nie jest to – choćby półświadoma – forma odwetu? Chiny, które przez dziesięciolecia były ofiarą narkotykowej polityki Zachodu, dziś mają w ręku możliwość rozkładania od środka największej potęgi świata – bez wojny, bez armii, bez okrętów. „Zrób im to, co oni zrobili nam” – miałby brzmieć cichy refren tej nowej, asymetrycznej strategii. Narkotyk, który kiedyś wpędził Chiny w przepaść uzależnienia, dziś niszczy zachodnią tkankę społeczną – z tą różnicą, że tym razem nie towarzyszy temu nawet wypowiedzenie wojny.
To tylko hipoteza – ale nie bez podstaw. Historia zna takie zwroty. Dla Pekinu pamięć o wojnach opiumowych nie jest podręcznikowym epizodem, lecz elementem politycznej tożsamości. Ich echo widać w retoryce wewnętrznej i edukacji młodego pokolenia. Czy dzisiejsza rola Chin w globalnym kryzysie opioidowym to zemsta? A może tylko chłodna, cicha satysfakcja?
Jedno jest pewne: to nie Meksyk, lecz Państwo Środka trzyma dziś w rękach klucz do amerykańskiej tragedii. Brytyjczycy, którzy niegdyś zalewali porty Kantonu tonami opium, mogą dziś zapytać: czy czujecie się dumni?
