Grzegorz Braun nie wezwał do poparcia żadnego z kandydatów. Ani Trzaskowskiego, ani Nawrockiego. I wbrew pozorom – to nie gest obrażonego outsidera. To manifest.
Manifest, że są jeszcze ludzie, którzy nie sprzedają swoich poglądów za stanowiska, stołki czy wdzięczność „większego zła”. Są wyborcy, którzy – choć często stygmatyzowani – naprawdę wierzą w suwerenność, pamięć historyczną i ochronę życia. Można się z nimi nie zgadzać. Ale nie można ich ignorować. Bo to też jest Polska.
Nie popieram Brauna. Nie podpisuję się pod wszystkim, co mówi. Ale jego sześć punktów – o wysyłaniu żołnierzy, o ekshumacjach, o aborcji, o Zielonym Ładzie, o religii w Pałacu Prezydenckim – to nie są pytania z marginesu. To są pytania zadawane w imieniu konkretnej części społeczeństwa. I ta część ma prawo je zadawać, nawet jeśli establishment woli udawać, że nie słyszy.
Szacunek dla wyborców Brauna nie oznacza poparcia dla jego metod. Ale oznacza zrozumienie, że ich głos nie bierze się znikąd. To często głos ludzi pomijanych, zepchniętych na bok, wyśmiewanych. A przecież to też są obywatele tej samej Polski, za którą – przynajmniej w teorii – walczą obaj finaliści wyborów.
Jeśli więc któryś z kandydatów chce być „prezydentem wszystkich Polaków” – niech najpierw zacznie ich słuchać. Także tych, którzy nie głosują na niego. Także tych, którzy nie przyjmą jego gestów, bo za długo byli lekceważeni.
Braun nie poparł nikogo. Ale jego wyborcy będą głosować. Albo nie. I to też będzie polityczny sygnał.
Zignorować go – to kolejny błąd. A Polska nie ma już luksusu popełniania błędów z pychy.
